Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książkoholiczka w kinie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książkoholiczka w kinie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 stycznia 2017

KSIĄŻKOHOLICZKA W KINIE #3 Łotr 1. Gwiezdne Wojny - Historie

Jestem ogromną fanką Gwiezdnych Wojen - wychowałam się na tej serii. Pamiętam, jak z zapartym tchem oglądałam każdą część na magnetowidzie. Emocje wciąż były takie same, choć sięgałam po nie już n-ty raz. To jedno z tych uniwersów, które rozbudzały w dzieciach wyobraźnię i przyszłe pasje. Wielu z ówczesnych miłośników Star Warsów zachciała być w przyszłości astronautami albo naukowcami. Gwiezdne Wojny to to także ogromny przełom w świecie kinematografii.


Kiedy dowiedziałam się, że w kinach pojawi się spin off do całej serii, niemal oszalałam ze szczęścia. Czekałam na to od dawna (właściwie od premiery "Przebudzenia Mocy") i jestem zachwycona, iż filmowcy nie porzucają tego świata. Wielu pomyśli - odgrzewanie kotleta - ale dla mnie to powrót do dzieciństwa za każdym razem, gdy wchodzę do sali kinowej:) Zapraszam na recenzję "Łotr 1. Gwiezdne Wojny - Historie".

Film przenosi nas tuż przed wydarzenia z IV części filmowego kanonu. Obserwujemy zmagania grupy rebeliantów, którzy pragną zdobyć plany niszczycielskiej broni Imperium - Gwiazdy Śmierci. 

Na "Łotr 1" bawiłam się doskonale:) Obraz jest dokładnie tym, czego oczekiwałam - pełen akcji, nagłych zwrotów fabularnych, ciekawych bohaterów. Choć wiedziałam, jakie będzie zakończenie, finał wbił mnie w fotel, ponieważ był niezwykle poruszający. Uważam, że filmowcy zrobili kawał wspaniałej roboty. "Łotr 1" pokochają nie tylko starzy wyjadacze, a także osoby, nie znający wcześniej gwiezdnego uniwersum i sądzę, że zachęci je do sięgnięcia po klasyczny kanon.

Film ma świetną obsadę aktorską. Felicity Jones jako protagonistka Jyn Erso zagrała świetnie. Jest charyzmatyczna, sprawia, iż widz na prawdę angażuje się w opowiadaną historię. Podobali mi się również: Donnie Yen jako Chirrut Imwe oraz Mads Mikkaelson jako Galen Erso. To dzięki nim "Łotr 1" ma taki niezwykły klimat. Bardzo urzekło mnie, iż twórcy kilka razy puścili oczko do fanów całego uniwersum. Możecie się bowiem spodziewać pojawienia się R2D2 czy C-3PO. Ja uśmiechnęłam się na ich widok:)
"Łotr 1" może się także pochwalić bardzo dobrymi efektami specjalnymi. Sceny akcji wyglądają na prawdę widowiskowo. Widzowi udzielają się emocje walczących frakcji podczas sekwencji bitewnych. Czuje się niezwykłe napięcie aż do ostatnich minut, ponieważ dobry scenariusz także ma tutaj ogromną rolę w całości. Film miał ogromny budżet, ale to dobrze, gdyż za takie pieniądze trudno zrobić zły film.

Podsumowując - "Łotr 1" to na prawdę dobry obraz. Idealny na wieczorny zimowy seans. Sądzę również, że jest świetnym dopełnieniem całego uniwersum oraz doskonałym preludium przed kolejnymi filmami czerpiącymi z ogromnego świata George'a Lucasa. Wam polecam ogromnie i zachęcam do oglądania!
Tytuł oryginalny: "Rogue One: A Star Wars Story"
Rok: 2016
Budżet: 200 000 000 $
Reżyser: Gareth Edwards
Scenarzysta: Chris Weitz, Tony Gilroy
Muzyka: Michael Giacchino
Czas trwania: 2 godz. 13 min.
Moja ocena: 9/10
A Wy co o nim sądzicie?
Zapraszam do dyskusji w komentarzach!
Pozdrawiam i miłego seansu, 
A.
UWAGA!!!
Chciałabym powiedzieć, że nie jestem żadną ekspertką w temacie filmografii i oceniam ekranizacje bardzo subiektywnie. Dlatego nie pragnę nikogo zdenerwować ani obrazić moją opinią. Nie uważam się za osobę wszechwiedzącą w tym temacie. Pasjonuję się kinem i opisuję je tak, jak widzę:) 
Zdjęcia i informacje zostały zaczerpnięte z portalu http://filmweb.pl

niedziela, 30 października 2016

KSIĄŻKOHOLICZKA W KINIE #1 Wołyń

Dziś postanowiłam rozpocząć nową serię na blogu. Będzie nieco odbiegała od książek, ale ja i tak piszę o szeroko pojętej kulturze, a nie tylko o literaturze. Dość często bywam w kinie na filmach nie tylko będących ekranizacjami. Wywołują u mnie one masę emocji i dlatego uznałam, że warto Wam napisać własną opinię o owych obrazach.

Pierwszym filmem, jaki Wam zrecenzuję jest "Wołyń" w reżyserii wspaniałego Wojciecha Smarzowskiego. Film bardzo głośny, brutalny i potrzebny - tak potrzebny, mimo tego, iż wiele osób mówi: "to rozdrapywanie ran". Życzę dobrej lektury.

Fabuła obrazu przenosi nas oczywiście na Wołyń, tuż przed drugą wojną światową, kiedy to owe ziemie należały wciąż do Polski. Poznajemy Zosię - młodą polską chłopkę, która właśnie celebruje wraz z rodziną zaślubiny swojej siostry. Sama też jest szaleńczo zakochana w młodym Ukraińcu, ale niestety zostaje wydana za mąż za dużo starszego od niej wdowca, bogatego sołtysa wsi. Film toczy się w miarę spokojnie, ale napięcie narasta, by wybuchnąć w momencie ludobójczego ataku na Polaków.

Film wbił mnie w fotel. Dosłownie. I nie tylko ze względu na drastyczne sceny ale na sam sposób realizacji i mocny psychologiczny wydźwięk. To ostatnie pojawiło się dopiero kilka godzin po wyjściu z kina i spowodowało, że nie miałam ochoty robić zupełnie nic, tylko myśleć nad tym, co zobaczyłam.

Zdecydowanie wielką zaletą "Wołynia" jest świetna gra aktorska, sprawiająca że z zaciekawieniem obserwujemy losy bohaterów i tak, jak oni, czujemy pod skórą dziwne napięcie. Szczególne oklaski należą się Michalinie Łabacz za główną rolę Zosi Głowackiej-Skiby. Już przed seansem wiedziałam, iż jest to jej kinowy debiut i nie spodziewałam się tak dobrze odegranych kwestii. Ta młoda aktorka ma szansę zostać jedną z najlepszych w młodym pokoleniu. Na większą uwagę i zachwyt zasługują także "starzy wyjadacze": Arkadiusz Jakubik - Maciej Skiba, Jacek Barciak - Głowacki, Izabela Kuna - Głowacka oraz Lech Dyblik - Hawryluk. To dzięki nim ta historia jest tak bardzo przejmująca i przerażająca za razem.

Jestem również pod ogromnym wrażeniem młodych aktorów. Niektóre dzieci, jakie wystąpiły w filmie, nie mają nawet pięciu lat, a tak niesamowicie sobie poradziły. Mam wielki szacunek, do ludzi, którzy przygotowali je do tak trudnej roli.

Muszę przyznać, że jestem zachwycona pracą kamery Piotra Sobocińskiego. Stworzył istną syntezę swojego indywidualnego stylu oraz tej charakterystycznej wizji pana Smarzowskiego. Mamy wobec tego długie ujęcia z mocno ruchliwą kamerą, szczególnie gdy obserwujemy bawiące się dzieci, jak i szybkie, dynamiczne, pomiędzy którymi mija w fabule czasami nawet sporo czasu. Wiem, iż większości nieobytych z tego typu montażem mogło się to nie podobać, ale dla mnie to mistrzostwo świata. Dzięki takiemu zabiegowi obraz zyskał jeszcze większą głębię. Widz musi myśleć na seansie i dopowiadać sobie w głowie pominięte sceny.

Na plakacie jest napisane, że to film "o miłości w nieludzkich czasach". Troszeczkę się z tym nie zgodzę, ponieważ miłości jest tam niewiele. Pojawia się jedynie w pierwszej (tej spokojniejszej) części filmu. Mimo to, uważam, że to ciekawy wątek, choć w zły - według mnie - sposób rozwiązany. Chciałabym zobaczyć tego ukraińskiego chłopca w zgoła innej roli, ale niestety nie dane mi było tego zobaczyć, a szkoda.


Ale przejdźmy już do najważniejszych scen w filmie, czyli owego punktu kulminacyjnego. Powiem Wam, że spodziewałam się, iż sceny mordu wywołają we mnie większe obrzydzenie, a ja byłam po prostu zaszokowana i nic więcej, nawet nie tym okropieństwem, jakie musieli kiedyś przeżywać, a na tym... czym trzeba być, by skazywać ludzi na takie cierpienie. Ukraińcy mogli po prostu strzelać im w głowy, jak Niemcy w Katyniu, a nie tak bestialsko się znęcać. Pod tym względem obraz miażdżył mi psychikę. Nie polecam go osobom o dużej wrażliwości na krzywdę innych i widoki sadystycznych scen.

Największe wrażenie zrobiła na mnie wtedy oprawa muzyczna. Gdy rozpoczynały się mordy muzyki nie było, a jedynie jeden wysoki dźwięk, który tak bardzo wwiercał się w psychikę, że nie dało się oderwać wzroku od okrucieństwa Ukraińców. Po prostu powieki nie chciały się zamknąć. Coś niesamowitego. Miałam wtedy wrażenie, iż serce mi się zatrzymało. Siedziałam w bezruchu i nie oddychałam, po prostu patrzyłam. "Wołyń" jest doskonałym przykładem filmu, jak powinno wykorzystywać się w nim odpowiednio dobraną ścieżkę dźwiękową. Nawet hollywoodzkie produkcje powinny się od niego uczyć.



We wtorek byłam w kinie. Dziś mamy niedzielę, a ja wciąż z drżącym sercem myślę o całym filmie. Jestem ogromnie poruszona i nawet nie wiem, czy napisałam wszystko, co chciałam Wam przekazać na temat tego obrazu. Przeglądając Filmweb w poszukiwaniu suchych informacji o "Wołyniu" dowiedziałam się, że powstał on w oparciu o opowiadanie Stanisława Srokowskiego "Nienawiść". Koniecznie będę musiała je przeczytać. Żałuję, że nie zrobiłam tego przed seansem, choć długo przygotowywałam się do tego, co mam zobaczyć. Między innymi przeczytałam kilka artykułów oraz wysłuchałam świadectw ocalonych. Tym, którzy chcą iść na "Wołyń" polecam zrobić to samo. To bardzo ułatwia odbiór dzieła. Na samym dole znajdziecie film z nagraniem radiowym rozmowy z panią Ireną Ostaszewską - miała sześć i pół roku, gdy przeżyła tę okropną tragedię. Według mnie jest to najbardziej poruszające opowiadanie o bestialstwie banderowców. 

Podsumowując - wielu ludzi mówi, że już nigdy tego filmu nie obejrzy. Ja to zrobię. Nie, nie jestem masochistką, ale chociaż tak będę mogła pokazać pamięć o wielu polskich ofiarach na Wołyniu.

Tytuł oryginalny: "Wołyń"
Rok:  2016
Budżet: (brak danych)
Reżyser: Wojciech Smarzowski
Scenarzysta: Wojciech Smarzowski
Muzyka: Mikołaj Trzaska
Czas trwania: 2 godz. 30 min.
Moja ocena: 10/10
A Wy co o nim sądzicie?
Zapraszam do dyskusji w komentarzach!
Pozdrawiam i miłego seansu, 
A.
UWAGA!!!
Chciałabym powiedzieć, że nie jestem żadną ekspertką w temacie filmografii i oceniam ekranizacje bardzo subiektywnie. Dlatego nie pragnę nikogo zdenerwować ani obrazić moją opinią. Nie uważam się za osobę wszechwiedzącą w tym temacie. Pasjonuję się kinem i opisuję je tak, jak widzę:) 
Zdjęcia i informacje zostały zaczerpnięte z portalu http://filmweb.pl

Wysłuchajcie tego proszę - to tylko trzydzieści minut Waszego czasu, a pamięć dla ofiar tej tragedii.